Serdecznie zapraszamy wszystkich chętnych na coroczny ”Maikranz”, który odbędzie się 12.05.2018 o godz. 10.00 w ogrodzie NTKS przy ul. Saperów 12. W tym roku gościć będziemy chór InCanto z Karlsruhe i  Sursum Corda z Wrocławi . Składka od osoby dorosłej wynosi 5 zł, dzieci przychodzą za darmo. Zapisy w biurze, liczba miejsc ograniczona. Przewidujemy spotkanie w miłej atmosferze, wspólny śpiew, grillowanie i zabawy zarówno dla starszych jak i warsztaty plastyczne dzieci. Do zobaczenia!

„źródłem finansowania projektu są środki Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Republiki Federalnej Niemiec za pośrednictwem Związku Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce”

Start Aktualności O sztuce wypowiadania niewypowiadalnego
O sztuce wypowiadania niewypowiadalnego
Wpisany przez Tabea Schleinitz, Anna Gręda, poniedziałek, 27 lipca 2015 14:34

Zdjęcie2 lipca naszym gościem była autorka Ulrike Draesner, która czytała fragmenty swojej powieści „Siedem skoków z krańca świata”. Książka opowiada o ucieczce i wypędzeniu z Wrocławia w 1945 roku śląskiej rodziny oraz równolegle przedstawia losy polskiej rodziny ze Wschodu, która bezpośrednio po wojnie przybywa do dolnośląskiego miasta. W swojej książce Draesner pozwala mówić czterem różnym pokoleniom i wyraźnie pokazuje, że traumatyczne doświadczenia wojny, ucieczki i wypędzenia mogą wpływać na kolejne pokolenia. Po wykładzie profesor Krzysztof Ruchniewicz poprowadził dyskusję, podczas której publiczność mogła autorce zadawać pytania i dzielić się swoimi przemyśleniami.

O historii powstania książki pisarka opowiadała naszej współpracowniczce Bognie Piter i naszej praktykantce Tabei Schleinitz.

Jak zebrała Pani informacje do Pani książki „Siedem skoków z krańca świata”? W jaki sposób skłoniła Pani świadków tamtych czasów, żeby opowiedzieli o sobie?

W maju 2012 roku byłam tutaj we Wrocławiu, żeby zbierać materiały, przy czym pomogła mi Dorota Nowak-Oprzalska. Jest tłumaczką, a część jej rodziny została wypędzona z Ukrainy do Wrocławia. Moje poszukiwania były bardzo dokładnie przygotowane. Już wcześniej dzwoniłyśmy do siebie i korespondowałyśmy mejlowo. Przedstawiłam Dorocie projekt, a ona udała się do archiwum i na poszukiwanie świadków tamtych czasów, którzy byliby gotowi, przypomnieć sobie dawne czasy i mi o nich opowiedzieć.

Kiedyś we współpracy polsko-niemieckiej powstał już projekt teatralny o tej tematyce. Wspomnienia jednego z dzieci wojny, które także nad nim pracowało, urodzone w latach 30. we wschodnim Opolu, były moim najważniejszym źródłem. Nasza rozmowa trwała osiem godzin.

Także krótsze rozmowy trwały z reguły pięć albo sześć godzin. Było to wyczerpujące dla wszystkich, przede wszystkim emocjonalnie. Pierwsza godzina lub dwie upływały na nawiązaniu kontaktu i w szczególności zbudowaniu zaufania. Starałam się poczuć, co odczuwają moi rozmówcy, i zastanawiałam się, jak siedzącym przede mną ludziom mogę pomóc przypomnieć sobie w tej konkretnej sytuacji tak odległy, z pewnością trudny czas i raz jeszcze, przynajmniej w myślach, odbyć podróż wstecz. Moi rozmówcy bardzo często byli znakomicie przygotowani, przynosili mapy i dokumenty.

Gdzie spotykała się Pani na wywiady?

W kawiarniach, neutralnych miejscach, a więc nie w mieszkaniu. I bez dodatkowych krewnych. Z reguły byliśmy w czwórkę: świadek, tłumaczka, Horst Konietzny, który nagrywał i ja.

Świadkowie tłumaczyli, skąd pochodzą, a ja rozmawiałam z nimi o swojej powieści i o moich zainteresowaniach tematyką wypędzenia wynikających z mojej rodzinnej historii ze strony ojca. Moja motywacja była dla nich ważna, doskonale to rozumiałam, a to tworzyło między nami pewną więź. Doświadczenia ucieczki mojego niedorosłego jeszcze ojca ze Śląska wpłynęły na całą naszą rodzinę. Nie jako obserwatorka stawiałam więc sobie pytania, ani nie po to, by coś zademonstrować albo przekazać jakieś przesłanie, ale jako ktoś, kto zna ból i cierpienie, które taka historia ucieczki oznacza. Dwóch świadków przypominało mi mojego dziadka i ojca, było coś śląskiego w tych twarzach, wokół ust, w kościach policzkowych, w śmiechu. To było bardzo poruszające.

Czasem ludzie z Niemiec zagadują mnie, czy jestem z Polski, kiedyś polski kolega podszedł do mnie i powiedział dla żartu z polskim akcentem: „Skąd masz taką polską twarz?” A ja na to: „Po moim ojcu!” Nie miał zielonego pojęcia, kim jestem, i było to po nim widać. To mnie ucieszyło.

Dzięki obserwacji i poznawaniu się mogliśmy w naszych rozmowach stawać się coraz bliżsi i coraz bardziej zagłębiać się we wspomnieniach. Często dopytywałam: Jak to było dla Pana jako małego chłopca – co Pana zadziwiało? Czego się Pan bał? O czym marzy Pan dziś? I otrzymywałam odpowiedzi. Jeden z moich rozmówców zachwycał się ołowianymi żołnierzykami, które leżały w pokojach zabaw niemieckich domów, czegoś takiego nie znał i tymi oddziałami bawił się wtedy na gruzach Wrocławia. Coż za motyw dla powieści! Ostatecznie tego nie spisałam, ale ten moment w rozmowie został mi w pamięci. Oczy mojego rozmówcy błyszczały, a ja poczułam coś z małego szczęścia dziecka pośrodku okropności lata 1945.

A więc te rozmowy były rzeczywiście bardzo osobiste...

Tak, i to właśnie było dla mnie istotne. Bo potrzebowałam uczuć. Wiele z wydarzeń zewnętrznych można zobaczyć na zdjęciach albo doczytać w źródłach historycznych. A ja potrzebuję wzbudzić w sobie uczucia dla ludzi z tamtych czasów.

Główne pytanie brzmi: „Jak nadal oddziałuje na nas przeszłość? Czasem było nawet ważniejsze, zamiast na treść, uważać także na to, kiedy ktoś zaczyna się jąkać. Albo na to, co zostało wspomniane przy okazji, na przykład takie zdanie: „Wszyscy byliśmy całkowicie czerwoni.” Myślałam najpierw, że świadek miał na myśli być może polityczne nastawienie. A może bawili się w Indian? Z raportów wiedziałam, że Wrocław w maju i w czerwcu 1945 jeszcze płonął. Miasto było zniszczone; wszędzie sadza, popiół, pył, kamienie, brud. Brak bieżącej wody. Nawet nie możemy sobie tego wyobrazić. A mój rozmówca powiedział: „Czerwony od pyłu.” Większość zniszczonych domów była zbudowana z cegieł, czerwonych cegieł. Było się więc czerwonym od powietrza, pył przyklejał się, a zmycie go było wręcz niemożliwe.

To zasadniczo zmieniło mój wewnętrzny wyobrażony obraz miasta z lata 1945. Bez wypowiedzi świadków tamtych czasów nigdy bym na to nie natrafiła, nie znalazłam też tego w żadnych raportach. A przy pisaniu chodzu o konkretne wyobrażenie. Tak jak powiedział wczoraj profesor Ruchniewicz: Także polscy ludzie nie są żadnymi kalkami, ale ludźmi z krwi i kości, i tak samo jest z miastem.

Wiemy już, że bardzo ciężko jest zacząć mówić o tym temacie. Co skłoniło Panią do podjęcia się tego zadania? I jak to się stało, że napisała Pani książkę o trudnym rozdziale niemieckiej i polskiej historii i o z początku raczej obcym Pani mieście?

Wierzę, że literatura właśnie to potrafi. To prawdziwie literacka możliwość, tam, gdzie na co dzień zawodzi nas język, bo wspomnienia są zbyt okropne, żeby ten język znaleźć. Kto jak nie autorzy i literatura powinnien to robić? Co odróżnia literaturę od rozrywki? Na przykład, odszukuje słowa na to, co dla większości ludzi znajduje się dokładnie poza wyrażalnością. Moją umiejętnością jest znaleźć słowa określające strach i szczęście, przetłumaczyć uczucia i myśli z przestrzeni pomiędzy milczeniem a mową na język, a przez to otworzyć je dla moich czytelników, w życiu moich czytelników.

Dlatego szczególnie cieszy mnie, kiedy spotykam się z reakcjami, jak to wczoraj opisałam, kiedy ludzie właśnie za to mi dziękują albo mówią: „Dzięki temu, że razem z moją teściową przeczytałyśmy tę książkę, zaczęłyśmy rozmowę, bo znalazłyśmy odpowiednie słowa. Mogłyśmy odwołać się do Pani powieści i powiedzieć: Ja też to przeżyłam. Nie potrafię tego sformułować, ale przeczytaj to, przeczytaj tę stronę albo trzy, a zrozumiesz coś z tego, jakie były moje losy.”

Uczucia nie zawsze są tak proste, że można je przypisać jakiemuś pojęciu. Z jednej strony są tam okropieństwa wojny, czasu po wojnie, ucieczki. Ale pośród tych wydarzeń są też dobre uczucia: zdobywa się coś do jedzenia. Ktoś zachowuje się jak przyjaciel. Ktoś jest współczujący i kogoś przytula. Nosi w sobie miłość do partnera, do dzieci. Chodzi o splatanie uczuć, jak włókien w dywanie. Literatura może ukazywać różne wartswy. Otwiera to, co przeszłe w swoim znaczeniu dla dzisiaj jako przestrzeni komunikacji i wspomnień.

Kiedy to rozpoznałam i zobaczyłam, że przez moją własną historię jako protestancko-katolickie, śląsko-bawarskie, mieszczańsko-chłopskie mieszane dziecko mam dostęp to tej właśnie przestrzeni uczuć, wiedziałam, że mogę napisać powieść, że muszę napisać ją z własnej historii. Od początku było jasne: to szczególne wyzwanie. Ale zostało mi ono dane przez moją biografię.

Na szczęście w tamtym czasie nie wiedziałam, że praca nad książką potrwa dziewięć lat. Po części było to okropne. Okropne, co czytałam, co słyszałam. Współodczuwałam, kiedy ktoś mi o tym opowiadał. Miałam koszmary. Ale także rozmowy z moim ojcem, który urodził się w 1930 roku w Oleśnicy, z czasem się zmieniły. Rozumiem go lepiej, bo dzięki moim poszukiwaniom mogłam go zapytać też o inne rzeczy. I cierpliwiej znosić jego milczenie.

Czy dla wielu rozmówców był to pierwszy raz, kiedy o tym rozmawiali?

Może nie pierwszy raz. Ale nawet dla tych, którzy mówili już o tym wiele razy, taka podróż w przeszłość na pewno nie jest zwykłą przechadzką.

Odwiedziliśmy tu prostą kobietę w jednej z pobliskich wiosek. Prawie nie mogła się wysłowić. Szczątkowe zdania. Właśnie ten brak słów, obezwładnienie nawet po siedemdziesięciu latach od tamtych wydarzeń, są istotną częścią historii. Wywierające silne wrażenie i niezwykle poruszające. Zamiast mówić zaczęła pokazywać nam przedmioty: stary jak świat młynek do maku, z 1890 albo 1900 roku, który przejęła od niemieckiej rodziny, do której domu wtedy się przeprowadziła. Do dzisiaj mieli w nim swój mak, pokazała nam, a ja nie wiem, co jej wtedy chodziło po głowie. Także to jest ważne przy pisaniu: szacunek do tego, że żadnego życia nie da się nadrobić.

Czy był to pierwszy wykład w Polsce? Będzie ich więcej?

To był pierwszy, i oczywiście mam nadzieję, że nie ostatni wykład. Tak samo liczę na polskie tłumaczenie powieści. Bardzo bym sobie tego życzyła.

Zdjęcie

Zdjęcie

Poprawiony: środa, 29 lipca 2015 12:07